"Im bardziej Puchatek zaglądał do dziury, tym bardziej nie było tam Prosiaczka" - takim mottem powitał mnie dziejszego poranka mój towarzysz podróży - Jurek. Zobaczymy co z tego wyniknie, na ile to zdanie, które powtarza bez przerwy, okaże się znaczące...
Zatem ruszamy, najpierw z Warszawy do Monachium, potem do Delhi i Kathmandu. To moja pierwsza wyprawa tego typu, Jurek wręcz przeciwnie - stary globtroter, po raz 3 w tym roku wybiera się do Nepalu, natomiast Himalaje odwiedził już również wcześniej. Cały czas mnie straszy, a to chorobą wysokościową, a to złą pogodą w górach, chociaż w rzeczywistości prawdziwy asortyment strachu pozostawia na dżunglę. Nosorożce, tygrysy, krokodyle i wszystko to, co trzeba złapać do ręki, kiedy cię ugryzie, by pokazać lekarzowi, co cię ukąsiło, należy jego stałego repertuaru, który uruchamia moją wyobraźnię. Zatem zanim wyruszyłem, już zostałem przygotowany na najgorsze. Mój plecak mógłby służyć za podręczną aptekę w każdej nepalskiej wiosce, chociaż jak się spodziewam, w rzeczywistości medykamenty i tak okażą się nieprzydatne i trzeba będzie się zwrócić do miejscowego szamana.
Humory dopisują, do wylotu z Warszawy jeszcze kilka godzin, może uda się - w ramach ekstremów obejrzeć wystawę prac Yoko Ono w Ujazdowie. Postanowiliśmy pisać tę ralecję z naszej trzytygodniowej wyprawy do Nepalu codziennie, na ile pozwolą możliwości. Do jutra w Kathmandu.
